<<< powrót

 

Grzegorz Graliński                                                    " Błękitne słońca "

       (fragment opowiadania)

Był ciepły wigilijny dzień. Huczący na co dzień zgiełkiem ulicznego gwaru Paryż, podobny był teraz do wielkiego, układającego się do snu kota. Tylko chwilami, tę błogą, przedziwną ciszę przerywał denerwujący łoskot przedświątecznego trzepania dywanów. Nad moją ulicą unosił się przyjemny zapach drożdżowego ciasta i grzanego czerwonego wina.

W naszym domu także przygotowywano się do uroczystej kolacji. Młodsze rodzeństwo wykonywało ostatnie czynności ubierania żywej świątecznej choinki, natomiast mama z ojcem układali na wigilijnym stole najprzeróżniejsze gatunki francuskich serów i szynek.

Czas dłużył mi się potwornie. Dopiero za godzinę miał przyjechać mój kochany Georg. Nie mogąc się go doczekać, nałożyłam w pośpiechu ulubioną, sportową kurtkę i powolnym krokiem ruszyłam na jego powitanie.

Na stacji metra było cicho i prawie pusto. Oprócz mnie i kilku  kolorowych nie było nikogo.    Nie, nie odczuwałam żadnego lęku. Wiedziałam, że nic złego nie może mi się dzisiaj przydarzyć. Czułam, że mój Georg jest już bardzo blisko.

I nie myliłam się. Przedłużające się oczekiwanie przerwał nagle hałas nadjeżdżającej kolejki.  Po chwili Georg był już przy mnie. Nie wiem, który to już raz upajałam się znowu jego męskim, naturalnym zapachem i ciepło wymawianymi przez niego słowami - Czy ty wiesz, jak bardzo cię kocham moja mała Ines. Mówiąc to, ściskał mocno moje delikatne dłonie, wpatrując się we mnie swoimi błękitnymi, świecącymi jak słoneczne tarcze oczyma.

Czułam wtedy, jak ziemia wiruje pod moimi stopami i jak płynąca w przyspieszonym rytmie krew, rozgrzewa moje chłodne z natury ciało, wy -pełnia nabrzmiałe ze szczęścia wargi moich ust. Miałam uczucie, że jestem pijaną mydlaną bańką, która za chwilę uniesie się w górę i poleci razem z tym cudownym aniołem daleko ponad ogrody Wersalu i wieże katedry Notre Damę.

Kilkanaście minut później siedzieliśmy z Georgiem w jego przytulnym mieszkaniu, urządzonym w mansardzie trzypiętrowej kamienicy. Stylowe meble, stare obrazy i ogień syczący w rozpalonym kominku wytwarzały wspaniały nastrój. Przytuleni, rozmawiając uśmiechami oczekiwaliśmy na pojawienie się pierwszej gwiazdy.

  

Strzelce Krajeńskie, grudzień 2000

 

<<< powrót