|
„Wieś Tworząca” – Dodatek Literacki do
„Powiatu Słupskiego”
jak chodziłem z kolędnikami
Z uwagi na to, że mam
90-procentową zaćmę i mało piszę teraz wierszy,postanowiłem
podzielić się z Wami moimi wspomnieniami z tradycji. Są to
wspomnienia z dawnego wspólnego obierania i kiszenia kapusty,
jakiemiało miejsce w niejednej zamojskiej wsi, i o tym jak
chodziłem z kolędnikami.
Już od rana wycinano kapustę i zwożono z
pola wrzucając ją przez okna do izby, przeważnie był to jeden
pokój, kuchnia, sień i komora w zamojskich domach. Kapusta
sięgała niekiedy pod sufit zajmując większość izby. W komorze
lub sieni stała beczka o średnicy 180-200 cm, wysoka na jeden
metr. Wieczorem lub późnym popołudniem przychodziły panny,
mężatki oraz panowie różnego stanu i każdy dostał swoje zadanie.
Gospodarz zaopatrywał się w wyskokowy
napitek, a gospodyni piekła ciasto; sernik, makowiec, a czasami
przygotowywała też okraszoną sowicie słoniną kaszę. Każda
niewiasta siadała na stołeczku, brała do ręki nóż i obierała
kapustę z brudnych i nieprzydatnych liści, wycinała głąb,
ładując to wszystko do dużych podstawionych koszy. Liście
wynoszono do ogrodu lub na podwórze i spasano później bydłem.
Obraną kapustę wnoszono koszami do przygotowanej wcześniej
beczki. Tam młodzieńcy cięli ją kosami obsadzonymi na
rękojeściach chodząc jeden za drugim dookoła beczki. Co pewien
czas jeden z uczestników dodawał pokrojoną marchew i sól.
Następnie dwóch mężczyzn, mając przygotowaną czystą bieliznę,
wymoczone i wymyte nogi deptało ją i ubijało przygotowanymi
tłuczkami. Kiedy już ostatnie główki kapusty znikły pokrojone w
tej dużej beczce, zmiatano i sprzątano izbę.
Gospodynistawiała teraz jedzenie i
zbożową kawę z mlekiem. Gospodarzczęstował napitkiem, a
obieracze, jeżeli wśród nich nie było muzykanta, zapraszali
innych: skrzypka, harmonistę, bębnistę i wszyscy bawili się do
rana. Tak kończyły się „obieraczki” na zamojskiej wsi.
Następnego dnia były u innego gospodarza.
W dawnych moich rodzinnych stronach utarł
się też zwyczaj kolędowania. Tak przed II wojną światową, jak i
zaraz po niej na wsiach zamojskich była bieda i w niejednej
wiosce w drugi dzień świąt, na Szczepana od rana kilkuletnie
dzieci chodziły po domach i zbierały „podłażniki”. Były to
drobne pieniądze, słodycze i inne świąteczne dary. Wieczorem
natomiast chodzili chłopcy i pod oknami śpiewali wyuczone
kolędy. Ktoś wychodził i dawał kilka złotych. Wtedy nie było
modne „dzień dobry”, ale „niech będzie pochwalony...”.
Jan Kulasza, Strzelce Krajeńskie
|