<<< powrót

 

 

 

Jan Kulasza


 Strzelce Krajeńskie

 

Poeta ludowy

     Urodził się 21.02. 1936 r. w Soli, powiat Biłgoraj. Od 1940 do 1946 roku wychowywała go babcia. Ona nauczyła małego Janka miłości do ludzi i przyrody. Od najmłodszych lat pracował przy zbieraniu grzybów, pasaniu krów u gospodarzy i przy uprawie tytoniu. Zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczał na zakup podręczników i zeszytów szkolnych.

Posiada wykształcenie niepełne średnie.

Na ziemię strzelecką (Bobrówko) przyjechał wraz z rodzicami w 1953 roku. Początkowo pracował jako murarz w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, a następnie przez 16 lat w Miejskim Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej w Strzelcach Krajeńskich. Kolejne miejsca pracy to Spółdzielnia „Robotnik” i Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”.

W roku 1990 przeszedł na rentę zdrowotną, a następnie na emeryturę.

    Pierwszy swój wiersz Jan Kulasza napisał w 1952 r. do kroniki szkolnej. Kolejne, okazjonalne wiersze wyszły spod jego pióra w latach 1960 - 1980 (dla kolegów, rodziny i znajomych).                                                                                                                        Utwory poetyckie i prozę publikował w „Gromadzie - Rolnik Polski”, „Zielonym Sztandarze”, „Gazecie Wrocławskiej” i w dodatku literackim  gazety „Powiatu Słupskiego„ -„Wieś Tworząca”.

Swój dorobek twórczy J. Kulasza prezentuje w Antalogii Poezji Ziemi Słupskiej pt. „Wiersze jak chabry w pszenicznym łanie” oraz w dwóch tomikach poetyckich - „Rozmowa wierszem” (Strzelce Krajeńskie 2004) i „ Róża z kolcami” (Strzelce Krajeńskie 2005)


Jan Kulasza,
Strzelce Krajeńskie
 

ŻYCZENIA NA NOWY ROK


Nie z osobna, wszystkim razem
Proszę Boga przed obrazem
Żeby Wam się spełniło
Co w zamyśle dotąd było
Żeby lepsze życie stało
Niczego nie brakowało
Żeby zdrowie, żeby siły -
Każdy był Wam bliski, miły
Tego co sobie życzycie
Żeby było lżejsze życie
Niech dziecina błogosławi
W Nowy Rok i na Święta
I o każdym niech pamięta.

 

KALENDARZE

Ostatnia kartka
tak rzecze:
Nie zrywaj mnie
człowiecze,
nie bądź leń
i kalendarz zmień.

Zdejm stary
ze ściany,
był kiedyś
oczekiwany.
Powieś nowy
opasłe tomisko
i będziesz wiedział
wszystko.
Po roku znowu nastąpi
zmiana
i pozostanie tylko
ta sama ściana.

BALLADA O SUCE EMERYTCE

Była sobie suka, ze śmietnika żyła
Żarła szkło, szmaty, żelazo co tylko zdobyła.
Aż raz ją zabolał brzuch jak balon wzdęty
Jak się okazało kiełbasy przekręty.
Była zarażona mięsem wściekłej krowy
Więc lekarz jej wstrzyknął zastrzyk plastikowy.
Suka wyzdrowiała, harce urządzała
Co tylko zdobyła wszystko pożerała.
Ludność okoliczna co ten złom zbierała
Dla naszej suki swój szacunek miała.
Suka niczym huta wszystko przetapiała
Więc służba porządkowa też ją szanowała.
Aż razu pewnego ktoś leżącą znalazł
Szybko do lekarza odwiózł ci ją zaraz.
Lekarz jej zastrzyki ładuje jak może
Ale suka łup kopytem, nic już nie pomoże.
Ciekawe - mówi lekarz - co jej zaszkodziło,
Co tak niestrawnego w żołądku jej było.
Kiedy brzuch otworzył, o jasna cholera
Przecież ona nam zeżarła ten program premiera.
Suka wszystko żarła, taka zdrowa była,
Programu premiera jednak nie strawiła.

 

 

„Wieś Tworząca” – Dodatek Literacki do „Powiatu Słupskiego”

jak chodziłem z kolędnikami

 Z uwagi na to, że mam 90-procentową zaćmę i mało piszę teraz wierszy,postanowiłem podzielić się z Wami moimi wspomnieniami z tradycji. Są to wspomnienia z dawnego wspólnego obierania i kiszenia kapusty, jakiemiało miejsce w niejednej zamojskiej wsi, i o tym jak  chodziłem z kolędnikami.

Już od rana wycinano kapustę i zwożono z pola wrzucając ją przez okna do izby, przeważnie był to jeden pokój, kuchnia, sień i komora w zamojskich domach. Kapusta sięgała niekiedy pod sufit zajmując większość izby. W komorze lub sieni stała beczka o średnicy 180-200 cm, wysoka na jeden metr. Wieczorem lub późnym popołudniem przychodziły panny, mężatki oraz panowie różnego stanu i każdy dostał swoje zadanie.

Gospodarz zaopatrywał się w wyskokowy napitek, a gospodyni piekła ciasto; sernik, makowiec, a czasami przygotowywała też okraszoną sowicie słoniną kaszę. Każda niewiasta siadała na stołeczku, brała do ręki nóż i obierała kapustę z brudnych i nieprzydatnych liści, wycinała głąb, ładując to wszystko do dużych podstawionych koszy. Liście wynoszono do ogrodu lub na podwórze i spasano później bydłem. Obraną kapustę wnoszono koszami do przygotowanej wcześniej beczki. Tam młodzieńcy cięli ją kosami obsadzonymi na rękojeściach chodząc jeden za drugim dookoła beczki. Co pewien czas jeden z uczestników dodawał pokrojoną marchew i sól. Następnie dwóch mężczyzn, mając przygotowaną czystą bieliznę, wymoczone i wymyte nogi deptało ją i ubijało przygotowanymi tłuczkami. Kiedy już ostatnie główki kapusty znikły pokrojone w tej dużej beczce, zmiatano i sprzątano izbę.

 Gospodynistawiała teraz jedzenie i zbożową kawę z mlekiem. Gospodarzczęstował napitkiem, a obieracze, jeżeli wśród nich nie było muzykanta, zapraszali innych: skrzypka, harmonistę, bębnistę i wszyscy bawili się do rana. Tak kończyły się „obieraczki” na zamojskiej wsi. Następnego dnia były u innego gospodarza.

 W dawnych moich rodzinnych stronach utarł się też zwyczaj kolędowania. Tak przed II wojną światową, jak i zaraz po niej na wsiach zamojskich była bieda i w niejednej wiosce w drugi dzień świąt, na Szczepana od rana kilkuletnie dzieci chodziły po domach i zbierały „podłażniki”. Były to drobne pieniądze, słodycze i inne świąteczne dary. Wieczorem natomiast chodzili chłopcy i pod oknami śpiewali wyuczone kolędy. Ktoś wychodził i dawał kilka złotych. Wtedy nie było modne „dzień dobry”, ale „niech będzie pochwalony...”. 

 

Jan Kulasza, Strzelce Krajeńskie

 


 

<<< powrót